niedziela, 16 czerwca 2013

Eric Clapton w Łodzi 7.06.2013

Ciepłe, piątkowe popołudnie. Już w pociągu (zapchanym i niezbyt czystym jak to polskie PKP), którym jechałem do Łodzi, było czuć tą atmosferę wyczekiwania na wieczorny koncert. Po krótkim spacerze z dworca pod Atlas Arenę, trzeba było odstać swoje pół godziny w kolejce( długości takiej jak nie przymierzając za komuny po jakiś deficytowy towar), ale chwilę po 18 ochroniarze otworzyli bramki wejściowe i zaczęli wpuszczać do środka.  Ku mojemu zdziwieniu wszystko odbyło się bardzo sprawnie, po jakiś 10-12 minutach byłem już w środku hali. Co ciekawe chyba po raz pierwszy na tego typu imprezie  nie sprawdzali ani toreb ani reklamówek ani plecaków( przynajmniej według mojej wiedzy). Sprawdzali tylko bilety. Bilet zakupiłem na płytę, ku mojej radości znalazłem miejsce tuż obok barierki rozdzielającej miejsca na płycie i Golden Circle. Moja radość niestety nie trwała długo.  Jakiś prawie 2- metrowy( jak skakał podczas koncertu miał prawie 3 metry :D) olbrzym uwiesił się na barierkach, skutecznie zasłaniając dużej ilości ludzi scenę. Nikt nie był w stanie mu wyperswadować żeby przeniósł się gdzie indziej. Na szczęście koncert był również pokazywany na telebimach z boku sceny. I stąd prośba do ludzi, których natura hojnie obdarzyła wzrostem- dajcie żyć i delektować się koncertem innym i znajdujcie sobie miejsca gdzieś z boku, a stoicie jak Grzegorz Rasiak  jak drewno i zasłaniacie wszystkim widok.


Koło 19 30 na scenie pojawił się support Claptona-Andy Fairwhather..Andy Fairweather Low jest jednym z najbardziej charakterystycznych walijskich artystów - wokalista, gitarzysta i autor piosenek w jednym. W latach 60. był frontmanem i gitarzystą popularnego zespołu Amen Corner.Wspierał muzycznie i wokalnie największych brytyjskich muzyków m.in. eks-Beatlesa George'a Harrisona na jego albumie "Live in Japan", Erica Claptona podczas tras koncertowych i na płytach takich jak "Unplugged" czy "Back Home" oraz Rogera Watersa m.in. podczas światowej trasy "In the flesh". Support był strzałem w dziesiątkę. Dali świetny, energetyczny koncert. Wszystko po prostu ze sobą grało. Świetni instrumentaliści, bardzo dobry wokal. Wszystko zagrane z niezbędną odrobiną humoru. Muzycy idealni. Po ostatnim utworze tegoż zespołu wszyscy nerwowo zaczęli wyczekiwać na clue tego wieczoru- Erica Claptona. Mistrz gitary nie kazał na siebie długo czekać. I już po niespełna dziesięciu minutach pojawił się na scenie. Wejście Claptona na scenę poprzedziło efektowne wejście pod sufit operatorów od światła. Fajnie to wyglądało.Eric najpierw sięgnął po 'Hello My Friends" z płyty No Reason to Cry(1976). Fajny energetyczny kawałek, zagrany na koncercie bardziej rockowo niż płycie. Fantastyczna partia klawiszy i ładnie śpiewające panie w chórkach dodały uroku temu dobremu utworowi. Jako drugi zameldował się utwór 'My Father's Eyes'.  Ważny dla Claptona utwór ( inspiracją było to, że tak naprawdę nigdy nie spotkał swojego ojca, aż do jego śmierci w 1985. ) co było widać. Utwór, zagrano bardziej w wersji... reaggae niż blues-rockowej.  Słychać było te emocje w głosie giganta gitary podczas śpiewania tego utworu. Bardzo prawdziwa i dobra piosenka.  Może Stać się jedną z moich ulubionych, to na pewno. Trzecim zagranym utworem było 'Tell the Truth' z płyty zespołu Claptona Derek and The Dominos pt. 'Layla and Other Assorted Love Songs' (1970). Typowo bluesowy utwór z namolnym rifem w tle. Bardzo dobrze zagrany, z kapitalnymi solówkami gitarzystów a szczególnie Erica. Słychać też w tym utworze, że Clapton również wokalnie jest w wybitnej dyspozycji. Następnie zameldowało 'Gotta Get Over" z nowej płyty- "Old Socks". Zaśpiewana inaczej niż na płycie, bez Marii Stevens(vel. Chaka Chan).  Ponownie Clapton dał się ponieść gitarze, i zagrał genialną partię gitarową. Wielkie brawa również dla genialnych klawiszowców z zespołu Claptona, którzy byli cały koncert cichymi bohaterami drugiego planu.  Kolejnym zagranym utworem był 'My Woman Got a Black Cat Bone'- cover Hope'a Wilsona.  Utwór, który szczerze mówiąc nie zapadł mi w pamięć, od typowy bluesik do pobujania się do rytmu. Ale zagrany świetnie. Następnie Clapton znów sięgnął po utwór Derek and The Dominos, tym razem poGot to Get Better in a Little While. Fajny rockowy numer, do szalenia pod barierkami. Tradycyjnie u Clatpona wybitnie zagrany. Zagrany w wersji krótszej niż na płycie( gdzie trwa ponad 13 minut!). następnym numerem, które słuzył głównie poskakaniu i pobujaniu się przy barierkach był 'Come Rain or Come Shine' B.B.Kinga. Można było się rozpłynąć w muzyce, i genialnej grze instrumentów przy tym utworze. Fantastyczna Nostalgia. Jak zawsze w utworach B.B.Kinga. Dalej mieliśmy kapitalne'Badge' z repertuaru Cream (rok 1969). Utwór napisany przez Claptona razem z George Harrisonem. Byłem pod wrażeniem, jak to wszystko idealnie do siebie pasuje, jak to wszystko ze sobą gra. Wtedy też Eric powiedział po raz drugi jakże lakoniczne i wiele mówiące 'Thanks you Very Much'. Eric nie był zbyt rozgadany podczas koncertu. Ktoś kiedyś powiedział, że to jest maszyna do grania. I idealnie go podsumował. Clapton nie angażuje się w długie przemowy, tylko robi to co potrafi najlepiej czyli genialnie gra. Następnie zagrano 'Driftin' Blues' z repertuaru Johnny Moore's Three Blazers . Świetnie zagrany akustyczny blues który jeszcze świetniej brzmiał na koncercie. Słychać było, że Clapton się świetnie bawi w tym utworze. Następnie Clapton zaczął "wyciągać z rękawa" największe hity. Na pierwszy poszła Layla, w genialnej, kameralnej akustycznej wersji. I bardzo niemrawa dotychczas publiczność na trybunach wreszcie się ożywiła. Bardzo mi się podobała ta wersja Layli, była bardzo zagrana przede wszystkim. Uwielbiam ten 'namolny riff' z tego utworu :). Następnie zagrano It Ain't Easy ( To love somebody) z repertuaru Paula Carracka. Szczerze? Mi się ten utwór niezbyt spodobał. Ot tak, idealny do grania wt tle. Ale nic po za tym. Następnie Eric wyciągnął znów jeden z największych hitów - 'Wonderful Tonight', również w akustycznej wersji. Publiczność zrobiła fajny klimat, wyciągając zapałki lub świecąc komórkami, jednocześnie śpiewając razem z gwiazdą dzisiejszego koncertu. Utwór zagrany został świetnie, przez chwilę wpatrywałem się w scenę jak urzeczony, i chwilę mi zajęło dojście do siebie :). Następnie Clapton zagrał : Lay Down Sally, Blues Power, i Love in Vain( Robert Johnson). Trzy świetnie zagrane, przyjemne dla ucha utwory, które na długo zapadły mi w pamięć. I na koniec podstawowego seta znów 3 wielkie hity: wybitnie zagrane Crossroads ( z podziwem patrzyłem jak szybko można grać na gitarze), Little Quenn of Spades oraz Cocaine( Eric skończył utwór, i potem wrócił jeszcze raz aby ponownie zagrać refren- "She don't lie, she don't lie, she don't lie; Cocaine. ) Eric odpłynął kompletnie w solówce, co było świetne, widać było że muzyka jest dla niego całym światem. Świetnie również zagrał w tym utworze cały zespół Claptona, jego instrumentaliści są genialni. Każdy może się od nich uczyć tego niesamowitego feelingu. Chwilę póżniej Clapton i spółka wyszli na bis. I znowu wielki hit. Sunshine of Your Love zespołu Cream. To była wielka gitarowa uczta. Fantastycznie zagrany utwór, z genialną solówką Claptona. Ostatnim utworem koncertu był cover Joe Cockera- High Time We Went. Również gitarowa uczta. Na scenę wyszedł również zespół supportujący Claptona. To było jedno wielkie gitarowe szaleństwo. I trochę szkoda, że ludzie zaczęli wychodzić od razu jak Eric znikł za kulisami. Mam nieodparte wrażenie, że wyszedłby jeszcze raz.



Podsumowując, Clapton to Maszyna Emocji i genialnej gry na gitarze. Fantastyczne przeżycie, fantastyczny koncert, fantastyczne podsumowanie 50 lat gry na scenie Claptona. Takie coś, można przeżyć tylko raz w życiu.





piątek, 26 kwietnia 2013

Sylwia Grzeszczak- Sen O Przyszłości (2011)

Jakieś półtora roku temu, będąc w domu słuchałem RMF FM(osobiście ta stacja nie oferuje prawie nic ciekawego muzycznie, i nie lubię jej) usłyszałem jeden z utworów tej artystki  piosenkarki. Nazywał się "Sen o przyszłości". Byłem pod wrażeniem głosu wokalistki. Ściągnąłem płytę. I cała sympatia i przekonanie do Sylwii wzięła w łeb. Płyta nie oferuje kompletnie ani muzycznie, ani tekstowo. Sylwia próbowała zrobić płytę w klimacie RN'B/Pop-Rock. Więc płyta z góry była skazana na niepowodzenie. Tzw. białe Rn'b nie ma w ogóle racji bytu. Za tę muzykę powinni się brać tylko i wyłącznie po drugiej stronie oceanu. Stworzyła piosenki idealnie do soundtracku w różnego rodzaju telenowelach. Ta artystka w ogóle nie wykorzystała mocy swojego głosu. Albo bała się że zaliczy taką samą wpadkę jak na festiwalu w Opolu w 2012r. ( zrobiła rzecz niebywałą- fatalnie zafałszowała wyjęczała pod nosem swoją piosenkę, kompletnie nie wchodząc w tonację, aż do wejścia pełnego instrumentarium).

Na płytę " Sen o przyszłości" składa się 11 piosenek. 10 po Polsku, jedna po rosyjsku, jako utwór dodatkowy. Najlepszy na płycie, jest singiel tytułowy z płyty. Jest to w miarę zgrabna pioseneczka. I tekstowo, i kompozycyjnie. I to właśnie jedyny pozytywny aspekt tej płyty. Kolejna piosenka- "Leć" tekstowo to tzw. naiwny europop( "jestem silna", "dam radę" i tym podobne banały). Kompozycja fortepianowa, ze smykami, i chórem w tle, który tylko przeszkadza.  W trzecim z kolei utworze- "Karuzela" artystka ta postanowiła zabawić się w poetkę, i zaatakować nas metaforą( "kręcimy się jak na karuzeli"). Konia z rzędem temu, kto zgadnie co poeta miał na myśli. Kolejno na płycie, mamy utwór "Bajka". Podobnie jak w "leć", piosenka typu Euro-pop( zostań przy mnie, taki trudny jest świat, bez ciebie nie istenieje- i tym podobne komunały). No że ja nie mogę- jak mawiała jedna z moich koleżanek. Tego po prostu nie da się słuchać. Mimo najszczerszych chęci.  Mimo szczerych chęci, nie dałem  rady przebrnąć przez tą okropną płytę i ostatnie 6 kawałków. Mimo całej sympatii do Sylwii. Mimo tego wszystkiego, mam nadzieję, że pisanie płyt zostawi komu innemu. I że popracuje trochę nad techniką, bo moc głosu to nie wszystko. I że będzie śpiewała utwory, pisane tylko dla niej.

Ocena płyty: zaszczytne 0.1/10  

W kolejce do recenzji, czeka kolejna "wybitna" artystka piosenkarka śpiewaczka określająca się jako "Pani Galewska". Mimo że wydała debiutancką płytę, już nazwała ją "the best of" :D. Zapowiada się intrygująco.

poniedziałek, 18 marca 2013

Myslovitz- Sun Machine(1996)

Był rok 1996. W Polsce rząd tworzy Włodzimierz Cimoszewicz, a Alice in Chains wydaje płytę
unplugged.  Zespół Myslovitz jest rok po wydaniu nie do końca przekonywującej płyty "Myslovitz", postawił się jednak  zrehabilitować się następną płytą. I tak 17 września 1996 roku wydano "Sun Machine".  Podobnie jak na poprzedniej płycie Artur Rojek i spółka zamieścili na płycie 11 utworów. Płytę otwiera energetyczne "Peggy Brown", z tekstem momentami... erotycznym. W oryginale utwór ten śpiewał Turlough O'Carolan. Dla zespołu z Mysłowic tekst przetłumaczył Ernest Bryll. Utwór opowiada o nieszczęśliwej miłości muzyka do Margaret Brown, która odrzuciła jego miłość i wyszła za mąż za innego mężczyznę.
Kolejnym utworem jest Blue Velvet, zagrane na płycie bardzo w stylu powstałego wiele lat później... Happysadu.W utworze zwraca uwagę genialna gra gitarzystów(Artur Rojek, Wojtek Powaga i nowo przyjęty do zespołu Przemek Myszor) , który wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Blue Velvet, jak ja dla mnie jest apelem do dziewczyny, ażeby wreszcie pokochała autora piosenki.Zwraca uwagę również dramatyczny wrzask Artura pod koniec utworu, który dodaje dramaturgii tej świetnej piosence. 
Jako trzeci na płycie melduje się utwór "Z twarzą Marylin Monroe". Utwór jest swego rodzaju pieśnią pochwalną na cześć niewątpliwie pięknej aktorki. Tekst gloryfikuje Monroe, uznaje ją za ideał kobiety. Mało kto wie, że Marylin w teledysku zagrał... Andrzej Chyra. Należą się więc oklaski dla charakteryzatorów na planie teledysku, za praktyczną niemożliwość odgadnięcia kto kryje się pod twarzą Monroe. Następny utwór "Jim Best", jest swego rodzaju przerywnikiem na płycie, zdecydowanie najsłabszym utworem z "Sun Machine", tekstowo też dosyć banalnie. Jedynie nie można się przyczepić (po raz kolejny!) do gitar. Następny utworem jest "Amfetaminowa siostra". Powiem szczerze, uwielbiam takie nie jednoznaczne teksty( vide "Długa droga w dół" Happysadu).  W utworze tym główną rolę odgrywają Jacek Kuderski na basie wraz z fenomenalnym Arturem Rojkiem na wokalu. Sam utwór pod koniec robi się bardzo Doorsowski, psychodeliczny. Następny kawałek to"Pierwszy raz( z Michelle J.)". Opowiada o miłości( jak każdy track z tej płyty). Tym razem pisany jest z perspektywy obserwatora miłości młodego chłopaka przeżywającego swoją pierwszą miłość. I tekst jest tym co zatrzymuje przy tym utworze, bo instrumentalnie w tym utworze jest szczerze mówiąc średnio. Dalej mamy "Bunt Szesnastolatki". Opowiada w bardzo ironiczny sposób o wszystkich "młodzieńczych miłościach". Ta piosenka może pozwolić złapać wszystkim zakochanym nastolatkom dystans do miłości. Piosenka może robić za hymn wszystkich nastolatek których okres dojrzewania przypadł właśnie na lata 90. Instrumentalnie też jest bardzo fajnie, z dużą energią. Co ciekawe utworu nie śpiewa Rojek a basista zespołu- Jacek Kuderski. Drugim takim z przerywników, tym razem fajnie zagranym( ewidentnie w stylu blues-rocka) jest Funny Hill. Tekstowo jest średnio,tekst opowiada o dziewczynie zwanej Funny Hill właśnie. Dalej w kolejności mamy cover Czerwonych Gitar- "Historia jednej znajomości". Kompletnie prze-aranżowany i zagrany  inaczej w oryginale. Zdecydowanie bardziej klimatycznie. W połączeniu z aksamitnym i ciepłym głosem Artura(akurat w tym utworze), i jego znakomitą grą na gitarze, wychodzi cover idealny. Można odpłynąć przy tym utworze, to mocny fragment płyty. 10 trackiem na płycie jest "Good Day My Angel". Zdecydowanie najlepsza i najbardziej rozbudowana kompozycja na płycie, z genialną partią klawiszy w tle. Ale to nie one tu są na pierwszym planie. Utwór to popis Jacka Kuderskiego i  Iana Harrisa, śpiewającego a raczej recytującego ten utwór. Pod koniec utworu robi się psychodelicznie tak jak w "amfetaminowej siostrze". Wykorzystano też świetny efekt "rozstrojonych gitar". Płytę Zamyka "Memory of a Free Festiwal", cover utworu Davida Bowiego. Z tego utworu pochodzi tytuł płyty- Sun Machine. Jest najkrótszy na płycie, trwa 1:24 min. I jest ładnym nawiązaniem do całej płyty. 

Podsumowując, "Sun Machine"to jedna z najlepszych i najdojrzalszych płyt Myslovitz. Do zaczęcia fascynacji zespołem- idealna. I tak, mogę to stwierdzić. To jedna z najlepszych płyt rockowych końcówki XX wieku w Polsce. 

                                                                                                                     Końcowa ocena: 9.6/10  
P.S. przypominam raz jeszcze o muzycznychmaniakach na facebooku:  https://www.facebook.com/Muzycznimaniacyblogspotcom

niedziela, 17 lutego 2013

EZU cz.10

W dziesiątej części Encyklopedii Zespołów Ulubionych przedstawię prawdopodobnie jedyny polski zespół który idealnie potrafi połączyć gitarowe,rockowe brzmienia z niebanalnymi, gorzko-refleksyjnymi tekstami.
Przedstawiam wam.... Raz, Dwa,Trzy.



Zespół został założony w 1990 przez studiujących w Zielonej Górze: Adama Nowaka, Grzegorza Szwałka, Jacka Olejarza i Jacka Ograbka. Więc to Zieloną Górę można uznać za miejsce powstania zespołu. I niemal od razu odniósł duży sukces. Grupa wygrała 26. studencki festiwal piosenki w Krakowie. Zaprezentowali m.in: "Talerzyk", który do dziś jest jednym z najbardziej znanych utworów tej formacji. W lutym 1991 weszli do studia, i nagrali debiutancką płytę "Jestem Polakiem". Na płytę trafił m.in wspomniany wcześniej "talerzyk", oraz niektóre utwory które zaprezentowali podczas studenckiego festiwalu piosenki. W 1992 na Festiwalu Zespołów Rockowych w Jarocinie. W tym samym dzięki dofinansowaniu ówczesnych władz Zielonej Góry został nagrany 2 album "To Ja". Następne płyty, wydawane były niemalże regularnie co 2 lata. W 1994 roku został wydany trzeci album zatytułowany "Cztery", który przyniósł takie znane utwory jak: "żyjemy w kraju", 'W wielkim mieście", "I tak warto żyć" i "Pod niebem"(gdzieniegdzie błędnie jako" pod niebem pełnym cudów"). Można powiedzieć, że ten album był jednym z najbardziej przebojowych, przynajmniej do czasu wydania płyty' Trudno nie wierzyć w nic". W 1996 został wydany kolejny album pt "Sufit, moim zdaniem wśrod wszystkich wydawnictw zespołu najcięższy do słuchania, i może dlatego najmniej znany. Na albumie gościnnie zaśpiewała.... Marzena Rogalska, "gwiazda" TVP 2. Dla mnie ten album, nie jest do przesłuchania na jeden raz, nie trafiła do mnie w ogóle ta płyta ani tekstowo ani muzycznie. w 1998 zespół wydał płytę "Niecud", która przyniosła kolejny znany utwór- "Czarna Inez", przez niektórych uwielbiona przez niektórych deprecjonowana za dosyć, jakby to ująć... frywolny tekst. Dla mnie osobiście ta piosenka jest jedną z ulubionych. 28 lutego 200 roku ukazała się komplikacja największych przebojów zespołu zatytułowana "Muzyka z Talerzyka. . 29 lipca 2002 roku ukazał się album koncertowy grupy pt. "Czy te oczy mogą kłamać". Na wydawnictwie zarejestrowanym podczas koncertu w studiu koncertowym im. Agnieszki Osieckiej  w radiowej trójce  znalazły się interpretacje piosenek Agnieszki Osieckiej. W 2003 roku wydano kolejny, 6 album zatytułowany"Trudno nie wierzyć w nic", który przyniósł największe hity zespołu: "Jutro możemy być szczęśliwi", "Tak mówi pismo", "Nazywaj rzeczy po imieniu" oraz "Trudno nie wierzyć w nic", który jest jak dla mnie najlepszym utworem napisanych przez zespół. Płyta bez problemu pokryła się platyną. 24 września 2007 roku ukazał się album koncertowy zatytułowany Młynarski. Na wydawnictwie zarejestrowanym 10 czerwca tego samego roku podczas koncertu w studiu koncertowym radiowej trójki(Im. Agnieszki Osieckej) znalazły się interpretacje piosenek Wojciecha Młynarskiego. W 2010 roku po 7-letniej przerwie grupa wydała kolejny album studyjny zatytułowany " skądokąd", który przyniósł takie hity jak: "Z uśmiechem dziecka kamień", "Już", "Zgodnie z planem (może świt błyśnie)" i "Jego gest jego wzrok jego imię". Płyta sprzedała się w 30 000 egzemplarzach i uzyskała status platynowej. W 2010 ukazał się również 3 album koncertowy grupy- "Raz,Dwa,Trzy- dwadzieścia".

moja opinia o zespole: Najlepszy polski rockowo-poetycki zespół. Warto przynajmniej raz wybrać się na koncert zespołu i zasłuchać się w ich muzyce. Czekam z niecierpliwością na info o jakieś nowej płycie czy wydawnictwie.

Nagrody :
2003Piosenka roku ("Trudno nie wierzyć w nic")FryderykNagroda[17]
Album roku muzyka alternatywna (Trudno nie wierzyć w nic)Nagroda[17]
Wideoklip roku ("Trudno nie wierzyć w nic")Nominacja[17]
Wokalista roku (Adam Nowak)Nominacja[17]
Grupa rokuNagroda[17]
Autor roku (Adam Nowak)Nagroda[17]
Produkcja muzyczna roku (Trudno nie wierzyć w nic)Nagroda[17]
2008Wideoklip roku ("Jesteśmy na wczasach")Nominacja[18]
Wokalista roku (Adam Nowak)Nominacja[18]
Wydawnictwo Specjalne - Najlepsza Oprawa Graficzna (Młynarski)Nominacja[18]
Autor roku (Adam Nowak)Nominacja[18]
Grupa rokuNagroda[18]
Album roku pop (Młynarski)Nagroda[18]
2011Autor roku (Adam Nowak)Nominacja[19]
Grupa rokuNominacja[19]
Album roku piosenka poetycka (SkąDokąd)Nominacja[19]
Album roku piosenka poetycka (20 lat)Nominacja[19]
Piosenka roku ("Dalej niż sięga myśl")Nominacja[19]
Piosenka roku ("Już")Nominacja[

poniedziałek, 21 stycznia 2013

T.Love Old is gold (2012)

Długo, strasznie długo zabierałem się do przesłuchania tej płyty. Niby znajomi mówili że fajnie, niby wcześniej znałem jeden z utworów  z tego wydawnictwa, ale jakoś nie przychodziła mi ochota na nowy T.Love.
Old is Gold, jak się okazało po przesłuchaniu, jest jedną z najbardziej dojrzałych, i najmniej komercyjnych płyt Muńka i reszty. Jestem na 99,9% przekonany że żaden z tracków z tego dwupłytowego wydawnictwa, nie będzie grany w żadnym polskim radiu( z wyjątkiem trójki, gdzie na LP3, Lucy Phere radzi sobie całkiem nieźle ).
Na płycie znajdziemy niebanalne teksty, z muzyką w różnorodnym klimacie. Króluje rock i... country, co mnie zdziwiło od pierwszych przesłuchań, ale Staszczyk daje radę i głosowo i interpretacyj-nie  Jest to płyta na której jest tyle rock n'drolla ile nie znalazłem na kilku płytach rockowych gigantów razem wziętych(ale to już tradycja u chłopaków).
Słuchając płyty ma się wrażenie, że płyta nie została stworzona dla nas- słuchaczy, ale dla samych muzyków.  T.Love zrobiło płytę, która zadowala przede wszystkim ich samych. Młodsi słuchacze mogą być zawiedzeni.
Płyta to głównie refleksja nad światem, i ludzkim przemijaniem. Płyta jest smutna, cholernie smutna.
 Co zwraca uwagę to na pewno świetna realizacja dźwiękowa, i doskonałe brzmienie wszystkich instrumentów( wielka brawa dla Sidneya Polaka na perkusji!). Słychać również dobrą, a momentami wręcz bardzo dobrą dyspozycję głosową Muńka Staszczyka, który po tylu latach na scenie( 30 lat na scenie z T.LOVE!!!) nic nie traci ze swojego uroku, świetnej zdolności interpretacji i panowania nad głosem. Mój faworyt z płyty to z pewnością "Lucy Phere".
   Podsumowując, płyta wydana na 30-lecie zespołu jest gorzką refleksją na temat przemijania, i na pewno nie jest dla wszystkich. Na tym dwu płytowym wydawnictwie, każdy ze starszych słuchaczy zasłuchanych w T.Love znajdzie coś dla siebie. Płyta jak najbardziej godna polecenia, Muniek i reszta są cały czas w świetnej dyspozycji.




CD 1
  1. "Black and Blue"
  2. "Frontline"
  3. "Old is Gold"
  4. "Wieczorem w mieście - film"
  5. "Menora Bentz"
  6. "Syn marnotrawny"
  7. "Jak nigdy"
  8. "Mętna woda"
  9. "Tamla Lavenda"
  10. "Poeci umierają"
  11. "Stanley"
CD 2
  1. "Lucy Phere"
  2. "New York"
  3. "Ostatni taki sklep"
  4. "2005"
  5. "Moja kobieta"
  6. "Country Rebel"
  7. "Skomplikowany (Nowy Świat)"
  8. "Orwell Or Not Well"
  9. "Modlitwa"
  10. "Henry Kadzidło"
  11. "Jeśli boga nie ma tu  


                                                                                                             Końcowa ocena 9.8./10 

P.S muzycznimaniacy zawitali też na facebooka. Lajkujcie czy co tam chcecie :  https://www.facebook.com/Muzycznimaniacyblogspotcom

piątek, 4 stycznia 2013

Posumowanie roku 2012

Witajcie!

Jako, że od 4 dni mamy już 2013 rok, pora na małe podsumowanie 2012 roku.

Jeśli chodzi, o mój profil na last.fm pierwsza trójca słuchanych utworów jest identyczna jak w zeszłym roku.
Na podium znalazły się Myslovitz( 3 miejsce, 360 odtworzeń), Happysad (2 miejsce, 775 odtworzeń) i oczywiście Dżem, którego statystyki na moim profilu przewyższają wszystkich( 1 miejsce, 1 393 odtworzenia). Tuż za podium zainstalowało się T.Love( 264 odtworzenia). Najrzadziej słuchanym artystą, był Rusty Zinn( gitarzysta blues-rockowy, trochę dziwny, żyjący w swoim świecie).

Przechodząc do utworów, pierwsza trójka to: Happysad- Zanim Pójdę( 3 miejsce, 54 odtworzenia), Happysad- Nie ma Nieba( 2 miejsce, 56 odtworzeń) i Myslovitz- My( 1 miejsce, 61 odtworzeń). Co warte zauważenia, na najwyższym stopniu podium po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nie znalazło się "Do Kołyski", które tym razem ostało się na 6 miejscu( 40 odtworzeń).

Co do płyt słuchanych przeze mnie w 2012 roku to, to podium: przedstawia się tak: Maciej Balcar-  Ogień i Woda (104 odtworzenia, 3 miejsce), Dżem-Muza( 136 odtworzeń),  Happysad- Nieprzygoda (197 odtworzeń, 1 miejsce). Jak widać, jedna z najlepszych płyt rockowych po 1990 roku, góruje wyraźnie nad innymi. Wątpię, aby to zmieniło się w przyszłym roku, chyba żeby Myslo lub Dżem wydali nową płytą studyjną, ale na to się nie zanosi.

Pora teraz na podsumowanie najlepszych płyt, zespołów, i artystów w 2012.
Jeśli chodzi o Polskę, to napewno warto posłuchać, nowej płyty Happysadu, która jest najbardziej dojrzałą płytą chłopaków ze Skarżyska. Umiejętnie mieszają alternatywę z rockiem i punk-rockiem  w najczystszej
postaci. Warto też posłuchać nowego wydawnictwa Dżemu. Legenda polskiego blues-rocka, zaprezentowała się dla odmiany w odsłonie Symfoniczniej, i po raz kolejny potwierdziła, że nie ma sobie równych jeśli chodzi o solówki gitarowe i emocje. Fajnie patrzeć, jak Maciek jest z koncertu na koncert coraz lepszy. Beno w  wywiadzie dla któreś z regionalnych pism, wspomniał że czas myśleć o nowej płycie studyjnej. Oby na myśleniu się nie skończyło. Ciekawą propozycją, jest też debiutancka płyta Meli Koteluk, która zaskakuje fenomenalnymi aranżacjami. Nie mogę ukrywać również, że uwielbiam jej barwę głosu. Oby się nie zmieniała,   to będę wiernym fanem. Podobnie mogę napisać przy płycie Kamila Bednarka( Think About Tommorow, jest fantastyczne!). Ale tradycyjnie, każda wydana płyta Hey, jest płytą roku. Nie inaczej było tym razem, Do Rycerzy, do szlachty do mieszczan, jest zdecydowanie najlepszą polską płytą rockową. Równać się z nią może tylko nowa płyta Acid Drinkers.
Natomiast poza granicami kraju, warto odnotować całkiem pozytywny powrót  The Stranglers po 6 latach (całkiem fajna płyta swoją drogą, warto przesłuchać). Całkiem okej, była też płyta Neila Younga. Ale najlepsze wydawnictwa były dziełem zespołu Green Day, do którego się przekonałem dzięki najnowszym wydawnictwom, a to już coś :D. Płyta Alicji Keys, jest bardzo klimatyczna, uwielbiam Alicję jako artystkę, i piosenkarkę. Można też odnotować powrót No Doubt, z Glen Stefani na wokalu.



Skoro napisałem, o wydawnictwach na które warto zwrócić uwagę, to trzeba też napisać o tym, o czym jednak warto zapomnieć. Zupełnie nie porwała mnie płyta Muse, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to zespół, tylko przeciętny. Kompletnie nieudaną płytę, zaprezentowała też, nad czym ubolewam wydała Tanita Tikaram. Płyta nadaje się do słuchania tylko przez najzagorzalszych fanów, jest bardzo męcząca. Mam nadzieję, że kolejne jej wydawnictwa będą na poziomie, na który ją niewątpliwie stać.

uff rozpisałem się :). Następny wpis, to prawdopodobnie dawno już zapowiadana recenzja nowej płyty T.Love. 


piątek, 28 grudnia 2012

Dżem-Muza(2010)

Długo zbierałem się do tej recenzji,oj długo. Cały czas myślałem, jak ją zacząć, co mam napisać.

"Muza" powstała 6 lat po średnim wydawnictwie jakim było" 2004". Chłopaki chcieli stworzyć coś fajnego, dojrzałego i w stylu Dżemu. I udało im się.
  Pierwszym utworem z płyty  jest "Koniecznie". To kompozycja Bena Otręby do tekstu Maćka Balcara. Utwór to kwintesencja Bluesa. I Dżemu. Chłopaki bawią się dźwiękami. Fantastyczną partię pianina zagrał Jasiek Borzucki, dla którego to była pierwsza studyjna płyta z Dżemem. Maciek też tu śpiewa na dużym luzie. Ta kompozycja pokazuje cały kunszt kompozytorski Bena. Drugi w kolejności jest "Partyzant", moim zdaniem( i nie tylko moim) to najlepszy i najdojrzalszy muzycznie i tekstowo utwór na płycie. Co warte podkreślenia, utwór ten to debiut kompozytorski Zbigniewa Szczerbińskiego w Dżemie.Debiut na miarę Messiego w Barcelonie. Mam nadzieję, że to nie ostatnia płyta z utworami skomponowanymi przez stojącego zawsze daleko z tyłu perkusistę. Co do warstwy tekstowej pojawiło się trochę zarzutów że to ściąga z "Najemnika I i II", ale te zarzuty są zupełnie bezpodstawne ;). Następny utwór to "Ani dużo, ani mało". Kompozycja Bena Otręby do tekstu Marka Robaczewskiego. Jest to jeden z 2 utworów na płycie, który nie wywołuje żadnych reakcji, ot taki przerywnik. Przynajmniej dla mnie. Następnie na płycie pojawia się utwór "Bujam się". Kompozycja Maćka do słów Michała Zabłockiego( na stałe piszący dla Grzegorza Turnaua). Fajna rockowa ballada, z niezłym tekstem(ale to u Zabłockiego normalka). Jurek Styczyński i Adam Otręba, dają fantastyczne solowe popisy w tym utworze, dobre wrażenie zostawia też świetna interpretacja Maćka.
Następny utwór to "Wolności Dni", delikatne kojące reggae, napisane przez Bena Otrębę, do słów Roberta Kasprzyckiego. Utwór idealny na wakacyjny czas, typowo radiowa piosenka, nie wybrana niestety jako singiel. Rzadko również wykorzystywana na koncertach.  Następnym utworem jest " To wszystko co mam", czyli kompozycja Zbyszka Szczerbińskiego do słów Maćka. Piękna rockowa ballada, z fantastyczną po raz kolejny dramatyczną interpretacją Maćka, który wyrasta na najlepszego polskiego rockowego wokalistę. Swoje daje też świetnie grający na perkusji Zbyszek Szczerbiński.  Następne  uttwór to "Do Przodu" czyli w pełni autorska kompozycja Maćka, wybrana na główny singiel promujący "Muzę", szybkie rockowe riffy i optymistyczny tekst który zawsze poprawia nastrój to to, co charakteryzuje ten utwór. Następnym utworem jest "Za to, że żyję" kompozycja Maćka Balcara do słów Mirosława Bochenka( tego, który napisał tekst "Autsajdera"). Utwór charakteryzuje się świetnym basem Bena Otręby idealnie wpasowany do gitar Jurka i Adama.Walorem utworu jest też tekst, z którym większość może się utożsamiać. Następny w kolejności jest utwór "Leci Muza", drugi z utworów, który ani nie zachwyca, ani nie budzi politowania jak Daniel Sikorski . Taki przerywnik. Utwór można by rzec alternatywny, ale widać że nie mieli pomysłu na tekst ani na muzykę, której autorem jest klawiszowiec zespołu- Jasiek Borzucki.
Następnie jest jeden z moich ulubionych kawałków z płyty- "Jesteś nie dla mnie". Kompozycja Bena do słów Maćka, który pisze w utworze o odrzuceniu miłości pewnej (pięknej?) niewiasty do niego. Fajnie w tle komponują się klawisze Jasia Borzuckiego. Chciałbym kiedyś usłyszeć ten utwór, w wersji akustycznej ;).
Przedostatnim utworem na płycie jest "Strach". Najbardziej stricte rockowy utwór na płycie, Maciek pokazuje tu czarną stronę swojej duszy jak i genialne możliwości interpretacyjne. Utwór napisał Beno Otręba, który od kilku lat wyrasta na głównego kompozytora grupy. Brawa też po raz kolejny dla Jasia za genialną partię Hammonda w tle. Ostatnim utworem, jest "Szara Mgła". Utwór Bena do słów Maćka. Wydaje mi się, iż Maciek chciał mieć w swoim dorobku swoją wersję "Całej w Trawie", jednak do arcydzieła RR dużo mu brakuje. Aczkolwiek dosyć smętną propozycję Maciek zinterpretował doskonale.

Podsumowując, "Muza" Jest świetną dojrzałą płytą. W stylu Dżemu. Chłopaki nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu, i płytę śmiało można polecić fanom rocka i bluesa.

ocena: wyjąwszy utwór tytułowy, śmiało daję 10/10